(POP)KULTURA, o książkach

„Mężczyzna imieniem Ove” Fredrik Backman

O książce Mężczyzna imieniem Ove można myśleć na dwa sposoby. Jest to albo pogodna powieść wyróżniająca się oryginalnym a niekiedy kontrowersyjnym poczuciem humoru, albo głęboko smutna opowieść o samotności. W obu przypadkach jest to książka bardzo mądra i godna uwagi.

Ja jednak zdecydowanie wybieram pierwszą możliwość interpretacji.

20160331_103319

Krótko o tematyce

Ove to mężczyzna, który myśli, że skończyło mu się życie, więc postanawia popełnić samobójstwo. Jest o tej decyzji przekonany i konsekwentnie dąży do celu. Bardzo praktycznie i kilkakrotnie. Ale mimo to nie jest to opowieść dramatyczna i przygnębiająca. Jest ona raczej pełna specyficznego i jednocześnie niezwykle trafnego poczucia humoru.

Ove to mruk, który skupia się na swoim cierpieniu. Tworzy mnóstwo rytuałów, wzorów zachowań i barier emocjonalnych, by móc w spokoju pocierpieć. Choć nie rozczula się nad sobą nigdy, to jednak nie dopuszcza do siebie niczego z zewnątrz, co mogłoby go z obecnego stanu wytrącić. Na szczęście otoczenie nie wie, jak bardzo on nie chce wyjść ze swojej skorupy smutków, i samo pcha się do niego z każdej strony.

I po raz trzeci: Ove to niezwykły człowiek, którego naprawdę warto poznać.

 

Znasz ten typ człowieka?

Zwykle dość szybko dostajemy od autora ogólną charakterystykę i krótką próbkę możliwości bohatera. Spójrzmy na inną książkę: mały rys typu* „Ania była sierotą, o którą nikt nie dbał” plus krótka scenka, taka jak niekończący się (bo na aż jedną stronę) raport na temat własnych przeżyć wewnętrznych od rana aż do teraz, plus do tego jeszcze kilka anegdotek z własnej wyobraźni małej dziewczynki i mamy to. Wiemy, kim jest bohaterka i czego mniej więcej możemy się po niej spodziewać. Spójrzmy więc na Ovego: stary, zrzędliwy, nieprzyjaźnie nastawiony do innych i zamknięty w sobie gbur. Mhm, no to już jesteśmy w domu, wiadomo. Skoro więc wiemy, kim jest, no to popatrzmy na jego perypetie.

I tutaj czeka nas duże zaskoczenie, bo autor wciąż będzie podstawiał nam nogę. Za każdym razem, gdy pomyślimy „Mam go! Znam ten typ! Wiem, co zrobi!”, Fredrik Backman przez krótki czas pozwoli nam nacieszyć się naszą wspaniałą znajomością charakterów ludzkich, by za chwilę znów dać nam pstryczek w nos. By zrozumieć, kim jest bohater, będziemy musieli nie jeden raz pozbyć się pewnych przesądów i nierzadko odkryjemy, że w ogóle je mamy. A to już jest świetny powód, by przeczytać tę książkę.

 

Ten zrzędliwy starzec ma żonę? 

Narracja prowadzi nas przez niewielkie wydarzenia, które dzieją się w życiu Ovego. Nic nadzwyczajnego, ot, rzeczy, które przytrafiają się każdemu i to niemal codziennie. Tutaj pomóc zaparkować auto, tam podkręcić coś w domu starszej pani, a innym razem podwieźć sąsiadkę. Naprawdę nic wielkiego. Przy okazji tych wydarzeń cofamy się do równie nieefektownych momentów z życia bohatera – pierwsza praca, poznanie żony, podróż poślubna, dom, samochód kupiony za własne pieniądze. I tutaj właśnie autor błyszczy. Każda z tych historii, czy to współczesnych toczącej się akcji, czy retrospektywnych, wnosi coś nowego do charakterystyki głównego bohatera. Ciągle dowiadujemy się czegoś nowego, czegoś, co zupełnie nie pasuje do dotychczasowej opowieści. Trochę jak u Czechowa – każdy szczegół na znaczenie i jeżeli weźmiemy go pod uwagę, historia może się bardzo zmienić.

Jakie było moje pierwsze zdziwienie? Ano właśnie, że Ove nie jest zestarzałym kawalerem. Potem tych zdziwień i zaskoczeń było dużo, dużo więcej.

 

Z technicznej strony też bardzo dobrze

Fredrik Backam wie, jak pisać. Ma dar opowiadania i umie budować swego rodzaju napięcie nawet w książce tak nieobfitującej w większe wydarzenia, jak Mężczyzna imieniem Ove. W wyjątkowy sposób zaciekawia czytelnika codziennością, przy czym jednocześnie pokazuje prozaiczność „wielkich i dramatycznych” wydarzeń, takich jak samobójstwo. Bo w końcu tak naprawdę, jak dzieją się rzeczy tego kalibru, to są one ciche, często spokojne a jeszcze częściej niezauważalne i nie do rozpoznania przez postronnego obserwatora. To, co robi z nich coś niesamowitego, to nasze interpretacje.

 

Coś dla siebie

Bohater nie przechodzi przemiany wewnętrznej. Dzięki  niemu jednak zmienia się coś w naszych czytelniczych głowach. Ove jest cały czas Ovem, tylko dużo szczęśliwszym, bo skupionym na teraźniejszości, a nie na przeszłości i przyszłości. A to jest coś, co może osiągnąć też każdy z nas. Warto więc przeczytać tę książkę chociażby właśnie po to, by zmierzyć się z budowaniem stereotypów i by zobaczyć, jak wiele zmienia zwykłe wyjście ze swojej głowy i otwarcie się na to, co jest wkoło.

 

Mężczyzna imieniem Ove nie jest książką o spektakularnym i pełnym znaczeń nawróceniu czy odkryciu, że życie jednak jest wspaniałe. Brak tu cudownych i wielkich wydarzeń, bohater nie doznaje nagłego ataku miłości do życia, nikt ani nic nie dokonuje rewolucji w jego życiu. Ove po prostu powoli przestaje skupiać się na sobie samym i zaczyna działać tu i teraz, a to robi wielką różnicę.

 


* Jestem wielką fanką Ani z Zielonego Wzgórza, więc nie odbierajcie tego przykładu jako jakiejkolwiek krytyki stylu czy warsztatu.

7 thoughts on “„Mężczyzna imieniem Ove” Fredrik Backman

  1. Kiedy zobaczyłam słowo samobójstwo stwierdziłam, że to nie książka dla mnie. Jednak kiedy zagłębiłam się w recenzje, stwierdzam, że kiedyś pojawi się w moich rączkach.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz