(POP)KULTURA, o książkach

„Księga dziwnych nowych rzeczy”, Michel Faber

Księga dziwnych nowych rzeczy wchodzi w głowę. Z mojej nie chciała wyjść niemal ani na chwilę. A jeszcze długo po zakończeniu przychodziły do mnie jej wątki.

To nie jest książka dla osób, które oczekują emocji i silnych wrażeń. To pięknie snuta powieść, którą należy się cieszyć i która daje do myślenia. Moim zdaniem głównie o dobrych i niekoniecznie dziwnych rzeczach.

IMG_20160323_220206

O zdziwieniach

Pierwsze i największe zdziwienie, jakie budzi w czytelniku, to fakt, że to nie o losy bohatera, który rusza w kosmos, mamy się martwić. Zostajemy wytrąceni ze swoich przyzwyczajeń – podróż na nieznaną planetę, którą zamieszkują obcy, nie okazuje się wystawieniem życia bohatera na zagrażające mu przygody czy nieznane formy zła. Książkowa Oaza rzeczywiście okazuje się właśnie oazą. Może nie do końca wymarzoną, lecz jednak spokojną planetą. I tylko czytelnik, być może powodowany przyzwyczajeniem, ciągle czeka i czeka, aż coś się wydarzy.

Zaskakujące jest też to, jak zmienia się tu perspektywa. Bohater, Peter, zostawia na Ziemi swoją żonę Beę i, poza pewnymi momentami, raczej nie boi się o jej bezpieczeństwo. W końcu została ona na znanej mu planecie. A przecież do momentu, w którym nie postanowił opuszczać Ziemi, bał się zapewne zawsze, gdy ta musiała samotnie podróżować, prowadzić samochód, czy wracać do domu po zmroku. Z perspektywy podróży na inną planetę, te zagrożenia wydają się zbytnio, nomen omen, przyziemne.

Kolejne zaskoczenie to brak odpowiednich realiów. Początkowo raziła mnie niedokładność techniczna podróży statkiem kosmicznym i życia na Oazie. Wyobrażałam sobie, że Michel Faber nie odrobił dobrze zadania domowego z Podstaw Warsztatu Pisarza. Miałam wrażenie, że autor zawiódł na całej linii skoro jego bohaterowie chodzą(!) po wyłożonych wykładzinami(!) korytarzach statku kosmicznego. A ta rozlana woda, którą trzeba zetrzeć ze stołu w pędzącej gdzieś w kosmosie kapsule to tak na serio? I w ogóle Oaza – co za banał! A że bohaterowie jedzący oazjańskie białe kwiaty i pijący zieloną wodę nie mają chociażby zwykłych sensacji żołądkowych – naiwność. Ale potem przemyślałam sprawę i doszłam do wniosku, że nie o to tu chodzi. Autor, chcąc przekazać pewną opowieść, snuje ją nie zwracając uwagi na mniej ważne według niego szczegóły. Tak jakby nie miał czasu się im porzyglądać i nie chciał też zbytnio skupiać na nich uwagi czytelnika. No a skoro jest autorem, to ma prawo. Ryzykownie, choć moim zdaniem było warto.

 

O micie i o religii

(tu zdradzam trochę więcej z fabuły, więc uwaga)

Historia Petera, pastora chrześcijańskiego, którego misją jest szerzenie wiary wśród Oazjan, coś przypomina. Bohater przybywa z innego świata do pierwotnej społeczności i postanawia żyć jak tubylcy. Naucza i objaśnia im świat; tłumaczy pojęcia, które dla nich są niezrozumiałe nie tylko z powodu innego języka, lecz także innego systemu wartości i różnej od naszej wiedzy o świecie. Dokonuje czegoś, co jest dla Oazjan cudem. Na dokładkę w pewnym momencie opuszcza swoich nowych parafian, gdy ci są przekonani, że ten niechybnie umrze. I co? Powraca. I to w pełnym zdrowiu. A na wypadek, gdyby czytelnik jednak nie skojarzył historii, autor ubiera bohatera w prosty strój – białą tunkę i sandały.

Patrząc na Księgę jako na historię powstawiania religii i rodzenia się mitu założycielskiego, trudno jest mieć do autora pretensje o takie akurat analogie.

(koniec spoilerowania)

Wątek szerzenia wiary na innych planetach, gdzie źródeł wiedzy o niej jest niewiele, jest fascynujący. Jak wiara bazująca na naszych ziemskich doświadczeniach i przekonaniach zostanie przyjęta przez istoty, które żyją w zupełnie innej rzeczywistości? Czy zrozumieją sens biblijnych przypowieści? Kim będzie dla nich Bóg i Jezus? Czym jest mit religijny i jaka jest jego rola? Odpowiedzi Fabera są zaskakujące.

Bardzo też ciekawi mnie opinia osoby wierzącej (chrześcijanina), bo nie wiem, czy pobożność Petera jest wiarygodna. Dla mnie czasem jest lekko naciągana.

 

O miłości

Okładkowy opis („Międzyplanetarna historia prawdziwej miłości”) jest nadużyciem – wątek miłosny wcale nie wydaje się tu najważniejszy. Oczywiście jest istotny, ale to tylko jedno z narzędzi pisarza do stworzenia głównego bohatera i ukazania innych kwestii. Czym jest relacja z drugą osobą i jak duże znaczenie ma wspólna codzienność i problemy. Jak wiele można poświęcić w imię przekonań i czy warto to robić. Czy jednomyślność w kwestiach religijnych, politycznych i światopoglądowych wystarczają w życiu i w relacjach z najbliższymi.

 

O zachwytach w cytatach

To, co mnie zachwyciło, to umiejętność Oazjan życia teraźniejszością. Jest w książce taki piękny opis:

Żyli prawie wyłącznie obecną chwilą, koncentrując się na bieżących zadaniach. Nie znali słowa „wczoraj”, chociaż czasem używali tego angielskiego wyrażenia. To nie znaczy, że mieli słabą pamięć, po prostu inaczej operowali wspomnieniami. Kiedy ktoś stłukł miskę, następnego dnia pamiętali o tym, ale zamiast myśleć o zniszczonym naczyniu, koncentrowali się na naprawieniu szkody.

Jak dla mnie brzmi to cudownie.

Niezwykła jest też definicja modlitwy. Wydaje mi się ona dotykać jej prawdziwej istoty:

Nie polega ona na proszeniu i otrzymywaniu; to dodawanie własnej energii – choćby nieskończenie małej – do niepomiernie potężniejszej mocy, która była Bożą miłością. Modlitwa to afirmacja faktu, że jesteśmy częścią Boga, przejawem jego Ducha, tymczasowo bytującego w naszym ciele.

A gdyby zmienić słowo modlitwa na np. medytacja, a Bóg na np. energia wszechświata lub po prostu miłość, to dostaniemy istotę wielu innych praktyk duchowych. Czy to nie piękne?

A Wy czytaliście już Księgę?

Follow my blog with Bloglovin

2 thoughts on “„Księga dziwnych nowych rzeczy”, Michel Faber

Dodaj komentarz