(POP)KULTURA, o książkach

„Babska stacja” Fannie Flagg

Babska stacja to książka o silnych kobietach pełnych energii i radości życia. Czytelnik śledzi w niej dwa wątki – pierwszy opowiadający o losach czterech sióstr, młodych pilotek okresu drugiej wojny światowej i drugi, historię współcześnie żyjącej sześćdziesięcioletniej matki i pani domu. Wszystkie bohaterki łączy siła ducha, dzieli natomiast pewność siebie. Pilotki są młodymi kobietami walczącymi o swoje prawa w czasach silnego podziału na kobiece i męskie sfery życia, natomiast Sookie jest zbliżającą się do wieku emerytalnego kobietą, której życie ogranicza dominująca matka, specyfika życia w małym miasteczku i – co najważniejsze – ona sama.

Babska stacja obfituje w wiele ciekawostek o początkach ery samochodów w Ameryce – m.in. kim były autostradowe hostessy, po co certyfikowano toalety czy jaka była sytuacja kobiet chcących służyć w amerykańskiej armii. To przeurocza i spokojna książka, która wciąga i zaraża swoją zwyczajną pogodą ducha.

20160528_145255

Cieszę się, że tuż przed przeczytaniem Babskiej stacji trafiłam na jej negatywną recenzję. Ostudziło to mój zapał i zdecydowanie zmniejszyło wygórowane oczekiwania, które zawsze są niepotrzebne i mogą wszystko zepsuć. Od autorki Smażonych zielonych pomidorów (choć przeczytanych co najmniej 10 lat temu) spodziewałam się czegoś równie dobrego. I nie chodzi o to, że się zawiodłam, ale o to, że nastrojona już nie tak pozytywnie, bardzo miło się zaskoczyłam. Czemu więc zbiera ona całkiem sporo negatywnych ocen? Mam na to swoją teorię 😉

 

Polscy bohaterowie obcojęzycznych książek to wyzwanie czytelnicze

Wydaje mi się, że ta przeurocza książka jest wielkim wyzwaniem dla Polaków. Z jedengo powodu – dumy. Bo co z tego, że Polacy (a raczej Amerykanie o silnych, polskich korzeniach) zostali przedstawieni jako osoby oddane krajowi, do którego wyemigrowali, pielęgnujące tradycje swoich europejskich przodków i mające mnóstwo pozytywnych cech takich jak pracowitość, skromność, radość życia, prostota i uczciwość, skoro mają tak poprzekręcane nazwiska! Duma nie pozwala przecież na akceptację tak jawnej zniewagi, toż to niestosowne. Oj tak, autorka zebrała cęgi. Niesłuszne, bo wydaje się, że powodowane są one po prostu złym nastawieniem wynikającym ze zbyt osobistego odbioru – tak, jakby polski czytelnik czuł się osobiście urażony przekręceniem „jego” nazwiska i to zamykałoby mu oczy na wszystko inne.

I choć sama nie przekreśliłam tej książki z tego powodu (jak to brzmi: Jurdabraliński i Broukowski?), to miałam pewien zgrzyt. Żałuję, że autorka nie zrobiła drobnego wysiłku i nie skonsultowała z kimś tych nazwisk (ilu to Polaków jest w Stanach!) lub nie skorzystała chociażby z dobrodziejstw internetu. Taki szczegół, ale od razu pojawiają się wątpliwości, czy może przy innych wątkach nie popełniła podobnych błędów.

 

Zgrabnie i konkretnie

Babska stacja to niezwykle spokojna książka. Autorka nie gra na emocjach czytelnika, pomimo że duża część akcji dzieje się w trakcie drugiej wojny światowej. Nie ma tu rozwodzenia się nad smutkiem i tragicznością ciężkich czasów oraz ludzkich losów. Wiadomo, było trudno, ale życie toczyło się i tak, razem ze swoimi smutkami i radościami. Wydarzenia, choć niezawsze łatwe dla bohaterek, opisywane są z rzadko spotykaną subtelnością. Bohaterki będce silnymi kobietami ze spokojem i hartem ducha przyjmują spadające na nie kolejne ciężary i ciosy. Autorka nie daje ani im, ani czytelnikowi przestrzeni na umartwianie się czy rozpamiętywanie. Jednocześnie jednak pozwala na to swojej drugiej bohaterce, żyjącej w bardzo spokojnym miasteczku i nie borykającej się z trudem rzeczywistości ogarniętej woją. Na szczęście jednak i to z umiarem.

Do pewnego momentu książka jest napisana świetnie, a każdy pojawiający się element ma znaczenie.

 

Bez ostatnich stron byłoby dużo lepiej

Babska stacja z powodzeniem mogłaby się skończyć na 386 stronie. Dalsze 40 stron można byłoby ująć w króciutkim epilogu. A i to niekoniecznie. Wszystkie pojwiające się informacje są już niepotrzebne i po prostu nudne. Niektóre wręcz zdają się mocno naciągane. Tak jakby autorka bardzo chciała umieścić w niej wiele popularnych społecznie i poprawnych politycznie wątków, a że nie bardzo jak mogła je umieścić i skomentować w głównej opowieści, to wcisnęła je wszystkie w końcówkę. I choć całą książkę czytałam z ogromną przyjemnością, to ostatnie strony dłużyły mi się w nieskończoność i stanowiły duży wysiłek czytelniczy.

Nieautentyczne nazwiska i przeciągane zakończenie to jedyne zarzuty, jakie mam wobec tej sympatycznej książki. I choć są to tak naprawdę niewielkie usterki w warsztacie autorskim, to własnie one powodują, że (bądź co bądź bardzo dobre) książki nie trafiają na zestawienia najlepszych lektur dowolnych czasów. No ale nie tyko wielką literatrą człowiek żyje i takie spokojne, miłe i pogodne książki warto czytać. Ja przynajmniej pewnie za parę lat będę miała ochotę do niej powrócić, a w niedługim czasie na pewno sięgnę po inne książki Fannie Flagg. Zacznę chyba od odświeżenia sobie Smażonych zielonych pomidorów.

 

Dla kogo?

Babska stacja to coś dla osób lubiących przyjemną i spokojną lekturę. Które nie oczekują wyciskających łez opisów ani targających emocjami wydarzeń. To pełna pogody opowieść, która pozwala na wypoczynek i odprężenie przy spokojnej lekturze oraz inspiruje do dialogu z samym sobą. To też ciekawostka dla osób chcących dowiedzieć się z książek czegoś nowego i nietypowego o życiu codziennym poprzednich pokoleń.

2 thoughts on “„Babska stacja” Fannie Flagg

  1. […] Jako punkt 7., ale dodatkowy, warto wspomnieć o tym, że korzyścią z pisania pod wpływem jakiejś myśli jest to, że tworzymy najpierw wersję na brudno. I jeżeli musimy stworzyć jakiś tekst, to taki brudnopis jest konieczny. Przepisując na komputer możemy skupiać się już tylko na szlifowaniu całości i dopracowywaniu budowy zdań (patrz: tekst z notesu na zdjęciu a tekst >>recenzji na blogu<<). […]

Dodaj komentarz